15 lut 2009

Siedem stresów

Nie mogę się przyzwyczaić. To jedno.

Odpoczynek nie był dobrym pomysłem. Zdecydowanie nie był. To drugie.

Już mi się chce wracać. O ja nienormalna. Przecież jak tylko wrócę tam, będzie mi się chciało przybywać znów tutaj. Dobra, kłamię, zapewne nie będzie się chciało. Chce mi się wracać mimo wszystko i już. To trzecie.

A reszta niech pozostanie milczeniem. No bosz ile ja lat mam? Dorosłość powinna ze mnie emanować na kilometr. Och przeciągam strunę, och pogrążam się w dziecinadach, och i daję wciągnąć się w zawracanie głów. Dobrze. Niech więc reszta rzeczywiście pozostanie milczeniem.

14 lut 2009

Electrical storm

Międzynarodowo ostatnio się porobiło. Odkryłam, że naprawdę znam niemiecki i łacinę. Piękno-śmieszne spotkania w dziwacznych miejscach z kolegami z Francji, Niemiec, Włoch, Anglii. Indianin nie dotarł. A ja przebiegłam przez ostatni tydzień sprintem. W ogóle dużo nowych twarzy mnie otacza. Ech. Co z tego. Stare przecież wcale nie dają mi spokoju.
W dalszym ciągu nękają mnie problemy egzystencjalne. Powoli przyzwyczajam się do swoich wariackich pomysłów na życie. Za dużo gadam, zdecydowanie. Oczywiście nie wtedy, kiedy trzeba. Bo wtedy, kiedy trzeba, standardowo uciekam. Przynajmniej wzrokiem.
Tak. Portfel wyczyszczony, sesja zakończona, aparat rozpieprzony. Oto bilans ostatnich dni. Albo raczej nocy.
Świętowaliśmy też w kiblu, a jakże. Szampan za zdrowie barmana czy kogoś. Ktoś miał urodziny. Chyba. Zaczynam sobie przypominać. Niedobrze. Amoralna coś się zrobiłam. Ech. Co z tego. Przecież wiem.
Bono zrobił mi niespodziankę. Przesunęła się bowiem premiera o kilka dni i oto ku mojej radości odbędzie się w moje kolejne urodziny. Niewytłumaczalne. Plus dla fizyków, poprawili się nieco. NIECO. Bo ten, inne rzeczy tak naprawdę zajmują mnie teraz. Bo ten.
O wilku mowa, a wilk w ciemnej dupie bez klimatyzacji. Kwanty stroją sobie ze mnie żarty w aspektach niektórych. Jak to się dzieje.

Puszczę sobie, a co tam. Hope the rain will wash away my bad luck.


9 lut 2009

Mark Twain

A tam, w górze, było sobie niebo, całe upstrzone gwiazdami; kładliśmy się na plecach i gapili na nie, dziwiąc się, czy ktoś je stworzył, czy też są tam przypadkiem. Rzeczywistość prześciga wszelką fantazję, bo fantazja musi się jednak liczyć z jakimś prawdopodobieństwem.


You cannot depend on your eyes when your imagination is out of focus.

I was born intelligent, education ruined me.




Twenty years from now you will be more disappointed by the things that you didn't do than by the ones you did do. So throw off the bowlines. Sail away from the safe harbor. Catch the trade winds in your sails.
Explore.
Dream.
Discover.


Reports of my death have been greatly exaggerated.



:)

4 lut 2009

Studencko

Uniwersytet ciągle mnie zaskakuje. Po trzech latach nadal potrafię przyjść na wydział i wyjść z niego z zupełnie innym obrazem wszechświata. Studencie, pamiętaj - najważniejszymi osobami na uczelni są panie z dziekanatu. Wszystkie razem i każda z osobna. Chłosta dla tych, którzy ośmielą się być dla nich niemiłymi! Bo pani z dziekanatu potrafi uprzykrzyć życie niemal tak samo jak panie szatniarki.
Dzisiaj było nienormalnie w miarę miło, aczkolwiek niezwykle interesująco. Jako że wyrzuciłam mój nieszczęsny drugi kierunek z kieszeni (gubiąc przy tym indeks, kartę egzaminacyjną i zgodę na warunek), kłopoty moje uczelniane skończyły się na całej linii. I rzadko me lico bywa na wydziale. A tym bardziej w dziekanacie. Kiedyś w październiku próbowałam porozmawiać z szanowną panią z dziekanatu, ale cóż, nie udało się, spóźniłam się 5 minut. Teraz jednak okazało się, że moja wizyta w świętym przybytku uniwersyteckim jest niezbędna. Dostałam bowiem wiadomość elektroniczną z samej katedry prawa cywilnego bodajże. Cóż, jakimś dziwnym trafem stało się tak, że najmądrzejszy na świcie uczelniany system obsługi studentów powyrzucał mnie z protokołów. I bum - bez dziekanatu się nie da. Więc poszłam. Szokiem były kolejki, a właściwie ich brak. NIKOGO nie było przed drzwiami. Wchodzę więc pewnym krokiem. Pusto. Wychodzę. Czekam. W końcu widzę, zmierza ku mnie moja wyrocznia.
- Dzień dobry. Można?
- No można.
Tłumaczę. Czekam na reakcję. Najpierw biedna pani nie wiedziała, co ze mną począć. Potem zapytała starszej, równie miłej koleżanki, co powinna w tej sytuacji uczynić. Siedzę. Mija 10 minut. Ku swej uciesze zauważam spostrzegawczym uchem, że panie z dziekanatu słuchają mojego radia. Nie pytają całe szczęście o dane osobowe, tylko o numer seryjny. W końcu, po kilkunastu minutach - załatwione. System przyjmie mnie w swoje łaskawe progi dzisiaj o 18.
Całe szczęście, że w kolejnym semestrze nie będę musiała zaszczycać swoją obecnością mojego ulubionego wydziału praktycznie wcale. Chwała prawnikom!

28 sty 2009

Three little birds




Bo czym tu się martwić. Gdyby tylko tak słoneczko się pokazało. I gdyby tak wiosna się pojawiła.
Ach wiosno.
Come, gentle Spring!
"Spring is nature's way of saying "let's party!"


Byle więc do wiosny.
Z przystankiem pod koniec lutego. Ojej.

23 sty 2009

Garściami perspektyw

Po drugiej stronie na pustej drodze na nowo dobrze jest. Czas tańczy miażdżąc 24 lata istnienia.

666

Miałam wizję. Przespałam dwa lata. Urwany film. Który więc mamy rok? Jeżeli 2011, to znaczy, że bardzo ze mną źle. Jeżeli 2009, to znaczy, że potrafię przewidywać przyszłość.

I sen też miałam.
Śniło mi się odpływanie od rzeczywistości. Stan krytyczny. Każda sekunda na wagę złota. Odratowano mnie kocem takim żółtym i trzaskiem nastawianego kręgosłupa. Dobrze jest. Zima, a tu zielono i niebiesko. Jakaś taka atmosfera bajkowa. Chodźmy więc się zapomnieć.


19 sty 2009

Yellow monday

Dzisiaj podobno najsmutniejszy dzień w roku.
"19 stycznia to najbardziej nieszczęśliwy dzień w roku. Według psychologów mamy mieć dzisiaj wszystkiego dosyć - będziemy ubolewać na brak pieniędzy, dotykające nas choroby oraz całe zło tego świata.
Psychologowie mówią, że „blue monday” (dosł. smutny, przygnębiający poniedziałek) wyznacza taki dzień w roku, gdy kumulują się wszystkie niekorzystne zdarzenia: niskie nasłonecznienie, świadomość niedotrzymania postanowień noworocznych, a także czas, który upłynął od Bożego Narodzenia, gdy kończą się terminy płatności pożyczek związanych z zakupami świątecznymi".

A ja, jako że zawsze należałam do tych dziwaków i ludzi "innych", obwieszczam, że dzisiaj właśnie słońce zaświeciło jak nigdy. Moje doły poszły w kąt i uśmiałam się i śpiewam.
Swoją drogą - mam teorię. Bo nastrój jest jak gospodarka kapitalistyczna. Hossa, bessa, i tak w kółko. Musi być gorzej, żeby mogło być lepiej. I ten. Musi spaść się na dno, podobno. Ja już tam byłam. I leżąc między dwoma samochodami ciężko było mi wstać. Potem tylko wielka czarna dziura. Apogeum.
Moja winda jedzie do góry od dzisiaj. Na piętro numer 13 poproszę.


Więc powinnam się uczyć. Hmm. No tak, sesja. Już, już, moment. Najpierw tylko wymyślę satysfakcjonującą mnie i innych odpowiedź na jedno z najgłupszych i najmniej lubianych pytań. Bo jak tu odpowiedzieć coś mądrego/inteligentnego/ciekawego/cokolwiek na pytanie: co słychać? Często ostatnio ludzie pytają mnie, co słychać. Dzisiaj 3 razy, wczoraj 3 razy, w sobotę co najmniej 4 razy. Bo co u mnie słychać? Przecież nie odpowiemy jednym zdaniem, co się stało w ciągu minionego dnia, tygodnia czy miesiąca. Zresztą pytający wcale nie oczekuje odpowiedzi. Pytamy z grzeczności czy czegoś tam. Więc mówimy, że w porządku, że fajnie, że ten. Ale co to za odpowiedź? (O ja, naprawdę odwlekam naukę jak tylko mogę).

- Chyba komplikujesz sobie życie rozmyślając o takich bzdurach.
- Ale to przecież poważny problem!
- Co słychać?
- No. W porządku, mam sesję i pękło mi kolano.
- I okej. Odpowiedź gotowa.
- Nie, nie, zbyt negatywne myśli sprowadza.
- No więc?

Jak tylko uporam się z tym problemem, będę do upadłego słuchać nowego singla U2.

A potem się pouczymy. I pójdziemy z rozpieprzonym kolankiem do pana doktora.