22 kwi 2009

Przybywam zza swoich pleców

Marazm totalny przyprawiony koszykówką i winem marki Marconi i Czesiem. O piątej rano pięknie jest. Nawet, jeśli nie pamiętasz. Hulajnogi hulają wtedy po ulicach, mróweczki biegną do pracy, a Ty jesteś atrakcją dla zjadaczy chleba. Przypuszczam, że w czwartek większość zakładów pracy rozpoczynających funkcjonowanie o 6 poznała historię pijackich ekscesów autobusowych. Czy to ważne, nie. Jasne, że nie. Zapomniałam też, że dziecko się obraziło. Rzecz jasna, nie wiem, o co po co i dlaczego, nigdy nie byłam dobra w te klocki. Coś gdzieś świta, możliwe, że się domyślam, może. Z tym obrażaniem niezły ubaw jest. Problem w tym, że ja się nie obrażam i nie wiem, o co się obrazić można. A widać można o najmniejsze niezrozumienia, niedomówienia i szarpnięcia. Mylnie sądziłam, że im człowiek starszy, tym mądrzejszy. Wrong.

Niewidzialnie. Wiesz, o co gram. I wierzę, że do końca został może jeden dzień.
Mam dziwne wrażenie, że teraz każdy mój ruch to szach i mat. Tracę orientację niebezpiecznie. Nic nie rozumiem.

A niby świta.



Zapomniałabym. Moja adoptowana siostra wygrała bilety na U2. Jak się mówi - głupi ma zawsze szczęście. To chyba u nas rodzinne.

17 kwi 2009

Talk about pop muzik

Gdzie się nie ruszysz, tam gęby. Więcej i więcej, i wszędzie, gdzie tylko pójdziesz. Co to za miejsce, gdzie wszyscy znają wszystkich.
Nie ma pociągu, w którym kogoś bym nie znała. Nie ma też takiego pubu, restauracji (a co, też obracam się w kręgach takowych), klubu, przystanku, kina, stadionu, akademika, autobusu, sklepu. Nie ma nawet takiej ulicy. Poddaję się, miasto mnie zjadło. Miasto, w którym najbardziej chciałoby się być anonimowym. Albo animowanym.

Chyba rzeczywiście pora na zmianę scenerii miejskiej. Na wielkomiejską. Rozważań ciąg dalszy. Munich New York London Paris Munich New York London Paris Munich New York London Paris. Radio video boogie with suitcase you're living in a disco forget about the rat race. Let's do the milkshake sell it like a hotcake try some buy some fee fie foe fum. Dance to the supermart dig it in the fast lane listen to the countdown they're playing our song again. Wanna be a gun slinger don't be a rock singer eenie meenie miney moe whicha way you want to go.

Ikona popkultury mówi, że wiosna w pełni. Tymczasem ja zaczynam pisać pracę. Deadline już za 5 dni. Po drodze egzamin. Pięknie. Pięknie wiosną na lodzie. Chłopaki znów za mało razy do bramki trafili. Ale jest miło. Granaty spadają z nieba i robią bum. Tym razem dostałam w samą dłoń prawą.


Chociaż śniło mi się, że dostałam w płuca. Gdzieś na Bliskim Wschodzie. Jedziemy autokarem z szalonym Arabem. Nie wyrobił na zakręcie. Zatrzymał się. Okno otwarte. Wskakuje małpa. Beżowa, taki małpofelek. I zjada mnie. Zjada coś z szyi. Przybiega lekarz. Mówi, że karetka już jedzie. Więc wsiadam do karetki ledwo żywa. Pani lekarz biała Polka informuje, że wstrzyknie mi coś w żyłę. I to coś wypompuje mi płuca, bo moje płuca mają wściekliznę. Od tej małpy. I mówi też, że będę nieprzytomna przez kilka godzin. Potem pyta, czy ją słyszę. Nawet nie zdążyłam zasnąć. Mówię, że tak. Patrzę za okno karetki, a tam już noc. Udało się, mam nowe niezarażone płuca. Karetka zdążyła dojechać do Judei. Pani lekarz mówi, że przez miesiąc będę spać dłużej niż zwykle. Wychodzę z karetki. Wielu znajomych stoi przez jakąś ruderą udającą hotel. Wielu iście wielu, takich też dalekich znajomych, idą i siedzą, gadają. I dziewczynka jakaś na oko palestyńska mówi, że muszę zostać z jej rodziną, bo wyglądam jak Żyd, a oni udają Żydów, a żaden Żyd z nimi zostać nie chce. Będziesz mogła grać w piłkarzyki tak długo, jak zechcesz, powiedziała. Wtem zdarzyła się retrospekcja. Scena w sepii. Trzy osoby, w tym ja, ale jakby nie ja. Byłam adwokatem. Przyszedł do mnie klient. Mówi, że muszę pomóc, bo się rozwodzi. Mówię, że nie, bo ja bronię tylko morderców i dyrdymałami się nie zajmuję. Potem pokazuje się retrospekcja retrospekcji. Jakieś studio telewizyjne. Siedzę i mówię, że Unia Europejska była wspaniałym tworem, ale wszystko, co dobre, szybko się kończy. A tamten klient siedzi na widowni wraz z żoną świeżo upieczoną i tacy weseli są, ale ja wiem, że coś nie gra i ktoś tu kogoś zabił. Wszystko nagle wraca do Judei. Jem jogurt patykiem, jagodowy. I mówię dziewczynce, że nie mogę zostać, ale znajdę jej jakiegoś Żyda. Wtedy rozdźwięczało się Magnificent. Budzik. I wstałam z łoża z mocnym postanowieniem, że po pierwsze napiszę dziś rozdział, a po drugie, że co jak co, ale w Izraelu tudzież Palestynie moja noga nie postanie.

15 kwi 2009

Oj bo moim problemem są możliwości. Jest ich milion albo i więcej. Za dużo mam ich. I ten nadmiar mnie osłabia niesamowicie. Bo możliwości jest tyle, że nie jestem w stanie z żadnej zrezygnować. A więc nie czynię nic, w bezruchu wyborowym trwam. Trzeba będzie jednak postawić za jakiś czas wszystko na jedną kartę. Bo jak to było? Lepszy wróbel w garści niż stado możliwości niewykorzystanych, tak?


(- A czy ja nigdy nie wyrosnę na prawdziwego człowieka? - pytał jeszcze Piotruś.
- Nigdy.
- I nigdy nie będę prawdziwym ptakiem?
- Nie będziesz.
- Więc cóż będzie ze mnie?
- Będzie to, co i teraz. Ni to, ni owo.)



- Wróble i te inne mnie denerwują, motyle zwłaszcza działają mi na nerwy. Z nimi nie ma żartów.
- Przecież wiem. Ale po co się przejmować, omijaj z daleka.
- Czasami się nie da. Ani się obejrzysz, a już masz stwora w pokoju. Prosisz i błagasz, a on wyjść nie chce.
- Otwórz okna i drzwi, a potem idź pograć w karty. Skoro sam przyleciał, może sam sobie odleci.

Zresztą tyle tego wszystkiego wokół. Chciałabym gdzieś zapisać coś, cokolwiek. Jednak nie mogę i co gorsza wcale nie chcę. Rozmowy ze sobą są przecież dobre na kaca. Rozmowy ze sobą często są dobre. Gorzej z rozmowami z innymi osobnikami gatunku ludzkiego. Najgorzej zaś z udokumentowanymi rozmowami z innymi osobnikami gatunku ludzkiego. Autopsja.

W tym momencie, po kilku minutach zadumy i przywołaniu w pamięci kilku faktów sprzed świąt, jest miejsce na przekleństwo na literę "k".

A święta były z dupy jak nigdy.


Z rzeczy przyziemnych. Sprawa pierwsza. Irytuje mnie doktor K. wraz ze swoim jakże doświadczonym sztabem wyborczym. Obrażam się przez tę irytację i nie zagłosuję. Sprawa druga. Tak sobie myślę, że stacje PKP nie są takie złe. Pociągi owszem, stacje nie. Stacje są interesujące i nawet trochę zajebiste. Kiedyś napiszę o tym esej. Stopnie zajebistości stacji kolejowych w Europie Wschodniej - wspominki z podróży przez galaktykę.

7 kwi 2009

How many years since you found yourself
Staring at an endless sky?

Unaware of yourself
Who you are and where you're going
Only living
Only breathing
Losing all sense of time

The most fragile of things
Captivates and embraces you
Surrender and be witness
To this rarest of moments

You live within the sense
Of the order of things
What is truth
What is important
What defines you

No need to fear
No need to worry
About years that passed
About time you lost

Live seconds as a lifetime
Time it does not matter
You live within the sense
Of the stillness of time





Inwencji - zero. Kreatywności - zero. Pomysłów - zero. Kompletnie idiotycznych zawracających głowę myśli - miliony. Oto krótki bilans kwietnia, marca, lutego i reszty. Bilans dnia dzisiejszego i tamtych. Bo tak jakoś nic się nie zmienia. Tylko ja w ciągu odwlekam. Tiaaa...

3 kwi 2009

Czyhają na mnie umartwienia z każdej strony. Ale wiosna przyszła, wszystko stało się mniej ważne. I co, powinnam katować się czymś, co się nazywa presja otoczenia, powinnam ubolewać nad zagmatwanymi sprawami dorosłych. Zaatakowała mnie w dodatku wiosenna depresja senna. A ktoś kiedyś powiedział, że somalijscy piraci robią sobie festiwal piosenki żeglarskiej. A ktoś kiedyś powiedział, że konkwistadorzy wybili mamuty. A ktoś kiedyś powiedział, że faceci są prości jak budowa cepa. Wiosno wiosno. Wiosną chodźmy połaźmy, chodźmy wyrzućmy samochody, chodźmy nad rzekę, chodźmy w słońce.

Wszystko dziś biada: "Lepiej wcale nie żyć",
I pesymizmu słychać zewsząd jęk,
A jednak, państwo, zechciejcie mi wierzyć,
Życie jest piękne, życie ma swój wdzięk;
Umieć je cenić to pierwsza zaleta,
Nie żądać więcej, niż nam może dać:
Wówczas, braciszku, jak mówi poeta,
Garściami rozkosz zewsząd będziesz brać.


Reamon - Sunshine Baby

I see through my window I see through the trees
I'm watching the world as it falls on it knees
I hope for tomorow hope for today
I'm lost for the words with so much to say


Ach, kolejna fala informacji zapewne doprowadzi do euforycznej radości. Lub euforycznego doła ;)

2 kwi 2009

Guillesmots




Wyjątkowo nie mam dziś nic głupiego do powiedzenia. Pora na konwersacje okraszone szczyptą tequili i cytryny.

Stateless

Dobra. Nie o to do końca. Niby dziwniej być nie może, gówno prawda. Teraz dopiero będzie z górki na pazurki.
Ja nie. Nie nadaję się. Do takich historii naprawdę trzeba być dorosłym. Jakże ta fizyka lubi gmatwać i utrudniać. Poddałabym się w istocie. Bym. Gdzieś jednak podświadomie zauważył mój mózg, że to nie w stylu moim. Zbyt łatwo by było zafiniszować. Przecież mogę. Bo teraz są wyjścia dwa. Albo prawo, albo lewo. Nic pomiędzy. Tyle za i przeciw, tyle wątpliwości, tyle. Po pierwsze nie dam rady. Po pierwsze i po najważniejsze. Przerasta mnie.
Pozostaje pocieszyć się faktem, że sama siebie jakoś zbytnio nie zaskoczyłam. Owszem, zdziwiła mnie wczorajsza wiadomość, oczywiste. Ale od początku wiadomo było, że gdyby było normalnie, to mnie by tam nie było. Było również wiadome, że różnie mogło być. Takiego obrotu sprawy nie wymyśliłby jednak nawet sam Szekspir, spec od tragedii.
Tak mi jakoś dziwnie przykro. Tak jakoś dałabym się pokroić.

Wpadło mi w ręce i pasuje jakoś. Na obrazki można nie patrzeć. Tylko muzyka. Stateless.