się dzieje, zawijamy i obijamy się o mury nadwiślańskie. godzina siódma pięć, otwieram drzwi niebieskie na łaziennej. słońce próbuje mnie zabić. i tak nic nie widzę. ale myślę mimo stężenia promilowego krwi. kamizelka. o siódmej siedem spada deszcz. przypomniało mi się, że rozmawialiśmy o polityce. i o tym, jacy jesteśmy modni i w ogóle zajebiści. my, dzieci adrenaliny i seksu w wielkim mieście. tacy dorośli i niezależni. wierzysz, że będziesz żyć wiecznie? tak. tylko nie mów tego głośno.
lubię zapach żurawiny i wytartych spodni. i konwalie lubię. chmura mi się zerwała. i pranie pływa na balkonie. żurawinowe spodnie zostały gdzieś tam. pogubiłam tej wiosny pół szafy. przegrałam też dzisiaj samochód i autorską audycję. i kupiłam krówki do kawy, której nie mam.
piątek. uczę się, jasne. tratwa czy coś, carpe diem, kadr, czeski. co, główka bolała. spadaj stary, nie twoja sprawa. funky, piąta siedem, deja vu. z kim, po co i dokąd, nie wiem. o 9 dzwoni telefon. no cześć, słuchaj, nie wyrobię się na 11, bądź o 11.30. wstaję i pędzę na jakieś targi. myślę, że przecież ja lubię spać i czemu ruszam się z łóżka w sobotę. nic, i tak jest już za późno, prawda? więc idę przez deszcz i śnieg 4 kilometry. BBC Radio 1 live hello hello. było jak, było jakoś.
Sometimes I feel like I don't know
Sometimes I feel like checkin' out
a teraz tak myślę. ogarnij się, ubierz się w sukienkę i idź do teatru. weź książkę i uświadom sobie, że masz obronę za 10 dni. wyłącz się. jakże byłoby pięknie, gdyby można przestać myśleć na dwa tygodnie. pomyśl sobie dziecko o twoich ostatnich wyczynach. no tak, skoro nikt nie wie, o co ci chodzi, to to musi być prawdziwą sztuką. you're a headache in a suitcase, you're a star. co, znalazłaś kształt w tym zhomogenizowanym świecie. wariat i furiat z ciebie, bycie wariatem i furiatem może się opłacać. i już nic na to nie poradzisz.
wiem, dlatego się pakuję i uciekam. przynajmniej na lato.
You don't know how you got here
You just know you want out
Believing in yourself
Almost as much as you doubt
You're a big smash
You wear it like a rash
Star
23 maj 2009
19 maj 2009
red amber green
poniedziałek, w poniedziałek ja nie mogę. a we wtorek, a we wtorek ganiam. zastanawiam się nad jestestwem moim. boże, ile ja ostatnio mówię. wtedy, kiedy nie trzeba. jak zwykle. przerażam się. naprawdę. alkohol i te inne rzeczy i wywrotki i wstrząsy i opowieść o przypadku naczelnego. dziwnie tracę orientację. zapominam, dokąd chciałam pójść. wysiadam o przystanek za daleko. albo za blisko. mylę autobusy. nie zauważam. czuję w głowie dziwną dziurę. i to wcale nie jest wielka metafora. tak jest i się o głowę martwię. na dzień dziecka zasponsoruję sobie tomografię. albo coś.
magificent.
move on me, świetne.
lato przyszło tymczasem. słońce i wschody i zachody i spacery i chuj. czysta poezja miejsko-wiejska. nie ogarniam. obiad czy coś, sałata za 80 groszy, nowy jork i zero granic. sprzedałam się. i nawet mi za to nie zapłacili. nie słuchajcie mnie. poznańska. sama zobaczę.
jeszcze. pozer jestem zgrzybiały dwudziestodwuletni. gdybym miałam trzydziestkę w papierach, samopoczucie byłoby piękniejsze. mentalnie czuję się na 32. wnętrzności podobno mają 29. lata lecą.
pozytywnie. lato. do jutra zetnę brzozę i skoczę z dachu. do jutra nauczę się.
za mało doświadczenia. najważniejsze strumieniowo. doświadczenie. wypadałoby napisać książkę.
oświadczam również, że miło być gościem i pieprzyć głupoty jak mało kto. taki ze mnie znawca UE jak dziennikarz. sympatycznie jednak. bo na żywo jest okej. nie bawisz się w bycie poważnym i obiektywnym. jedziesz. mimo wszystko mam nadzieję, że nikt tego nie słuchał.
magificent.
move on me, świetne.
lato przyszło tymczasem. słońce i wschody i zachody i spacery i chuj. czysta poezja miejsko-wiejska. nie ogarniam. obiad czy coś, sałata za 80 groszy, nowy jork i zero granic. sprzedałam się. i nawet mi za to nie zapłacili. nie słuchajcie mnie. poznańska. sama zobaczę.
jeszcze. pozer jestem zgrzybiały dwudziestodwuletni. gdybym miałam trzydziestkę w papierach, samopoczucie byłoby piękniejsze. mentalnie czuję się na 32. wnętrzności podobno mają 29. lata lecą.
pozytywnie. lato. do jutra zetnę brzozę i skoczę z dachu. do jutra nauczę się.
za mało doświadczenia. najważniejsze strumieniowo. doświadczenie. wypadałoby napisać książkę.
oświadczam również, że miło być gościem i pieprzyć głupoty jak mało kto. taki ze mnie znawca UE jak dziennikarz. sympatycznie jednak. bo na żywo jest okej. nie bawisz się w bycie poważnym i obiektywnym. jedziesz. mimo wszystko mam nadzieję, że nikt tego nie słuchał.
17 maj 2009
juwe juwe juwenalia, kosmiczne. kosmicznie nudne, kosmicznie nieprzyjemne, kosmicznie antystudenckie. kosmicznie słabe. na stole mam wygazowane piwo wiśniowe, ohyda. mam też internet, który pokazuje zdjęcia. im więcej ich oglądam, tym gorzej mi na żołądku. źle mi, że juwenalia takie głupie. pijaństwo, owszem. muzyka, tak. niby wszystko jak zawsze. tylko zero atmosfery tamtej, zero klimatu. i my, staruchy z trzeciego roku wśród tych pierwszoroczniaków. i ja powiem nawet, że milej byłoby mi chyba siedzieć w domu albo spacerować po barbarce.
gdyby zbilansować. to tak. subiektywnie, a jakże. piw wypitych więcej niż sporo, wódki wypitej malutko, co cieszy. wina i innych świństw zero. palenia również zero. papierosów za dużo. najlepszy moment: nie wiem, chyba dicki koncertowe i wnoszenie piwa w kapturze. najgorszy: spotkanie ze znajomym, który nie zauważył, że lepiej się o mnie nie opierać. więc się rzucił, równowagi nie utrzymałam. upadek na plecy i głowę plus przygniecenie boli, nawet po siedmiu piwach i wódce. łokieć też mam do wymiany. o pląsach w odnowie wolę sobie nie przypominać. nie ma jak impreza z wielkim alternatywnym radiem. phi.
w ogóle jakoś źle mi. wymyśliłam parę rzeczy, pomysłów takich na życie. miło byłoby zostać, potem spieprzyć daleko. nie wiem. kilka spraw się tutaj jakoś dziwnie komplikuje. i nie wiem. bo ten. blisko to nie całkiem dobrze, a daleko całkiem źle.
tymczasem szukam pracy. nie, raczej myślę o szukaniu pracy. determinacja. zostać czy nie zostać, oto jest pytanie. niby zawsze można wrócić, niby tak. czyli że co. nie wiem i koniec. przecież jest fajnie. to co, że się męczę, że nie lubię ludzi z roku, że to miasto stało się zbyt małe. fajnie jest. więc co. więc mniemam, że mam powody, by drogi swej nie zmieniać. jasne. każdy plan można zmienić.
jo, ale ja nie mam planu. żadnego. no, może jeden. jeden spalony na starcie.
gdyby zbilansować. to tak. subiektywnie, a jakże. piw wypitych więcej niż sporo, wódki wypitej malutko, co cieszy. wina i innych świństw zero. palenia również zero. papierosów za dużo. najlepszy moment: nie wiem, chyba dicki koncertowe i wnoszenie piwa w kapturze. najgorszy: spotkanie ze znajomym, który nie zauważył, że lepiej się o mnie nie opierać. więc się rzucił, równowagi nie utrzymałam. upadek na plecy i głowę plus przygniecenie boli, nawet po siedmiu piwach i wódce. łokieć też mam do wymiany. o pląsach w odnowie wolę sobie nie przypominać. nie ma jak impreza z wielkim alternatywnym radiem. phi.
w ogóle jakoś źle mi. wymyśliłam parę rzeczy, pomysłów takich na życie. miło byłoby zostać, potem spieprzyć daleko. nie wiem. kilka spraw się tutaj jakoś dziwnie komplikuje. i nie wiem. bo ten. blisko to nie całkiem dobrze, a daleko całkiem źle.
tymczasem szukam pracy. nie, raczej myślę o szukaniu pracy. determinacja. zostać czy nie zostać, oto jest pytanie. niby zawsze można wrócić, niby tak. czyli że co. nie wiem i koniec. przecież jest fajnie. to co, że się męczę, że nie lubię ludzi z roku, że to miasto stało się zbyt małe. fajnie jest. więc co. więc mniemam, że mam powody, by drogi swej nie zmieniać. jasne. każdy plan można zmienić.
jo, ale ja nie mam planu. żadnego. no, może jeden. jeden spalony na starcie.
15 maj 2009
Can I kick it?
kocham język francuski.
kocham globalizację. nieważne, gdzie jesteś. wszędzie jest jak w domu.
kocham Belgów. i bezpartyjnie lewicowych eurokratów.
kocham Europę. tak. i serce Europy.
nie kocham za to cze(sława) i cza(rysia).
nie kocham młodych ani starych konserwatystów z wrocławia.
nie kocham nieprzytomnych studentów prawa, synów posłów i radnych.
nie kocham zestawów piśmiennych i szczurów też.
to by było na tyle. veni, vidi, nunc est bibendum. co ja plotę, bibendowanie ciągnie się od tygodnia przez cztery kraje.
YES, YOU CAN.
kocham globalizację. nieważne, gdzie jesteś. wszędzie jest jak w domu.
kocham Belgów. i bezpartyjnie lewicowych eurokratów.
kocham Europę. tak. i serce Europy.
nie kocham za to cze(sława) i cza(rysia).
nie kocham młodych ani starych konserwatystów z wrocławia.
nie kocham nieprzytomnych studentów prawa, synów posłów i radnych.
nie kocham zestawów piśmiennych i szczurów też.
to by było na tyle. veni, vidi, nunc est bibendum. co ja plotę, bibendowanie ciągnie się od tygodnia przez cztery kraje.
YES, YOU CAN.
7 maj 2009
Po pierwsze: nie daj się obrzygać
miałam przecież mocne postanowienie. mówiłam nie, stary, nigdzie nie idę. i tak przez dwa tygodnie. nie i koniec. a wczoraj zaczynałam pisać zaległe rzeczy. telefon, kilka słów. ani się obejrzałam a już rozglądałam się za kanarem w autobusie linii 18. piwo, drugie, hopsasa, keep on shakin, trzecie. pojawili się znajomi i nieznajomi, stały scenariusz. tym razem główni bohaterowie jednak się zmienili. ze studenckich na niestudenckich. raz dwa trzy beatbox kameralny i wcale się nie jaram, bo ja się hip hopem nie jaram. nawet, gdybyś mi tu postawił ostrego albo tych innych, whateva, nie moje klimaty mimo wszystko. taxi trzy zabrało nas do miasta. ja, dwie inne osoby normalne i jeden zjeb co miał szymon na imię i co mnie rozwścieczył jak nigdy nikt. że to, że tamto, że jebać mojego znajomego XYZ, że wszystkie stacje radiowe są do dupy, że trzy lata temu ktoś powiedział: daliście czadu, że u2 się skończyło na JT, że Lanois jest dnem. tego typu. jednak z obrażaniem dobrych ludzi znajomych mnie na czele. jestem miła, wiesz, ale tutaj skrupułów nie było. spierdalaj facet. przy okazji, zostałam opluta przez kolegę, którego nazywają zbas. potem było nrd i opowieści o psie ostrego, sushi coś tam i pudełko od pizzy. mocno. kolejne piwa i spotkanie po latach. ania uratowała mi dupę wczoraj. pod kopernikiem pamiętam kogoś, tak, spotkałam też rozrywkowego małżonka. zaciągnął do czeskiego, źle się działo. piwo dwa, muzyka, iskry na parkiecie z ludźmi, o których się mówi ludzie z fundacji. amok, nic więcej. idę na autobus. zamyśliłam się i przegapiłam przystanek. chciałam zresztą wejść na dach bankowy, więc autobus nie po drodze był. o banku zapomniałam w połowie drogi do niego. widzę, samochód stoi, facet jakiś też. podwieziesz mnie do domu, pytam. on mówi, że tak, ale musi pojeździć jeszcze trochę. mówię okej. i tak dwie godziny jeździłam po mieście z dziwnym człowiekiem. powiedział, że czyta politykę i nowości.
kolejny litr kubusia bananowego bez dodatku cukru.
życie w stylu summer sale, podoba mi się na świecie. a, ktoś kazał mi ogłosić prawdę objawioną: najważniejsze w życiu jest to, żeby nie dać się obrzygać.
kolejny litr kubusia bananowego bez dodatku cukru.
życie w stylu summer sale, podoba mi się na świecie. a, ktoś kazał mi ogłosić prawdę objawioną: najważniejsze w życiu jest to, żeby nie dać się obrzygać.
5 maj 2009
Kowadło asertywności a total chaos
Poniedziałek. Nie, to było weekendowe przesunięcie, przepraszam. Poniedziałek był miły, wstałam przed 14, żeby pójść na zajęcia o 16. W całym tym zgiełku i chaosie zapomniałam jednak o świecie. Miało być pięknie. Ale. Dzień bez puenty, trochę stracony wbrew wcześniejszym nadziejom. Bo przesunięta niedziela spadła nam z drzewa.
Spotkałam kobietę dzisiaj na ulicy. Starsza, z wnuczką zapewne. Z dłoni zwisał mi sznur mikrofonowy, zaczepiła mnie i powiedziała, że szuka dziennikarza. Dziennikarzem nie jestem, ale wysłuchałam opowieści o przeszłości komunistycznej i guzikach. Niesamowita rzecz.
Tymczasem testuję najróżniejsze sposoby migania się i wykręcania kota ogonem. Jeżeli ktoś zna jakieś asertywne sztuczki - tak żeby "może" znaczyło "nie" i zarazem nie oznaczało "spierdalaj" - to proszę bardzo się do mnie odezwać. Co to ma być, się pytam. Że asertywna jestem tylko wtedy, kiedy mnie nie ma. Koniec świata, proszę państwa.
Jestem w próżni. Między młotem a kowadłem. Tu krzyczą, tam proszą, a tam się uśmiechają. Co to będzie. Ale nie wiesz, bo ja naprawdę tylko udaję głupka. Potrafię czasami coś poprawnie powiedzieć nawet. Po polsku albo po angielsku albo po niemiecku. Rozgryzam aurę, rozwiązuję zagadki skomplikowanych znajomości. I nic. Kombinuję. Niepotrzebnie. I tak nie znam się na fizyce. Mądry człowiek wie, co mówi, let's not try to figure out everything at once. No tak, zawsze jest jakieś mimo wszystko. I zawsze zjawia się ten śmieszny chaos. Jednak nie wzięłam sobie do serca rady poczciwego doktora Em, który stwierdził, że muszę uporządkować swoje życie.
Zapewne wyda to się niemożliwe, ale są takie sytuacje, które powodują u mnie totalne oszołomienie i wypłukują resztki racjonalności z mojej głowy. I są tacy ludzie, po słowach których zastanawiam się, czy to oni do reszty oszaleli, czy może jednak ze mną jest coś nie tak. Bo tacy ludzie doprowadzają mnie do stanu, który w zasadzie nie jest stanem. Gdzieś w głowie pojawiają się tylko trzy słowa: WHAT THE FUCK?
I nawet nie próbuję wdawać się w konwersację. Może i wygląda to, jakby mnie zatkało. W istocie - po prostu nie wiem, co powiedzieć.
Spotkałam kobietę dzisiaj na ulicy. Starsza, z wnuczką zapewne. Z dłoni zwisał mi sznur mikrofonowy, zaczepiła mnie i powiedziała, że szuka dziennikarza. Dziennikarzem nie jestem, ale wysłuchałam opowieści o przeszłości komunistycznej i guzikach. Niesamowita rzecz.
Tymczasem testuję najróżniejsze sposoby migania się i wykręcania kota ogonem. Jeżeli ktoś zna jakieś asertywne sztuczki - tak żeby "może" znaczyło "nie" i zarazem nie oznaczało "spierdalaj" - to proszę bardzo się do mnie odezwać. Co to ma być, się pytam. Że asertywna jestem tylko wtedy, kiedy mnie nie ma. Koniec świata, proszę państwa.
Jestem w próżni. Między młotem a kowadłem. Tu krzyczą, tam proszą, a tam się uśmiechają. Co to będzie. Ale nie wiesz, bo ja naprawdę tylko udaję głupka. Potrafię czasami coś poprawnie powiedzieć nawet. Po polsku albo po angielsku albo po niemiecku. Rozgryzam aurę, rozwiązuję zagadki skomplikowanych znajomości. I nic. Kombinuję. Niepotrzebnie. I tak nie znam się na fizyce. Mądry człowiek wie, co mówi, let's not try to figure out everything at once. No tak, zawsze jest jakieś mimo wszystko. I zawsze zjawia się ten śmieszny chaos. Jednak nie wzięłam sobie do serca rady poczciwego doktora Em, który stwierdził, że muszę uporządkować swoje życie.
Zapewne wyda to się niemożliwe, ale są takie sytuacje, które powodują u mnie totalne oszołomienie i wypłukują resztki racjonalności z mojej głowy. I są tacy ludzie, po słowach których zastanawiam się, czy to oni do reszty oszaleli, czy może jednak ze mną jest coś nie tak. Bo tacy ludzie doprowadzają mnie do stanu, który w zasadzie nie jest stanem. Gdzieś w głowie pojawiają się tylko trzy słowa: WHAT THE FUCK?
I nawet nie próbuję wdawać się w konwersację. Może i wygląda to, jakby mnie zatkało. W istocie - po prostu nie wiem, co powiedzieć.
4 maj 2009
Subskrybuj:
Posty (Atom)