3 sie 2010

idealne miejsce
idealny czas
idealni ludzie

jest pięknie, tyle tylko wiemy i tyle wiedzieć nam trzeba

odliczam ze zgrozą. 8 tygodni zostało.
nigdy nie chciałam wracać. ale tym razem jakos trzyma mnie ziemia brytyjska rękami i nogami.

12 lip 2010

made in uk

każdy śpiewa swoją piosenkę.
i nie ma piosenek lepszych. choćbyś szukał i szukał. nie ma lepszych.
są tylko inne.


29 cze 2010

coś się dzieje w naszych głowach podczas snu. jakiś czas temu śniło mi się milion kotów małych rudych. żarły mnie.
i było jak było. total disaster. zapach adrenaliny dzień w dzień, stres, wkurw i meneliada 2010. wielki bieg przez wiosnę i sesję. nawet nie pamiętam już początku. chyba przed juwenaliami, chyba zima jeszcze była, może koniec marca. może nie. i te koty i wypadające zęby i inne koszmary.
a teraz. sen kolejny koszmarny. niedawno. był kot rudy trochę większy. i ktoś go zabił. krew i flaki i to zwierzątko zdychające i tak przez całą noc.
a potem się obudziłam.
i świat wyglądał inaczej.
wstałam przed dwunastą, ubrałam się, poszłam na walne, wróciłam do domu, zabukowałam bilet z Londynu do Rzymu i stwierdziłam, że wyjazd zrobi dobrze.
więc żegnam cudownych Polaków. do zobaczenia w październiku.
na nowych studiach.

18 cze 2010

nie ma mnie w toruniu od trzech dni. i czuję się świetnie. wręcz cudownie. siły witalne wracają. stresy odpłynęły. w oka mgnieniu przestałam się przejmować wszystkimi tymi chorymi relacjami i złymi ludźmi. jest zielono, niebiesko i różowo. jest ognisko, kosiarka i jezioro.

jest lato w domu.
urlop jak nigdy.
ach.

28 maj 2010

noce mają to do siebie, że nie widać. łatwo ukryć rzeczy powszechnie uznane za niepożądane. łatwo ukryć strach. łatwo śmiechem zastąpić łzy. łatwo wtopić się w tło. gdzieś tam w najciemniejszym punkcie tego przećpanego miasta. gdzie robert gawliński śpiewa, że nie stało się nic. i wszyscy mu wierzą i jadą dalej. wszechobecne otępienie. co ty kogo obchodzisz, przecież się bawimy. oni zmieniają zdanie i luz blues. a wydawało mi się, że są powody. miesiąc powodów. myliłam się. po raz kolejny. i dałam się omamić atmosferze sytuacji codziennej. zostańmy, chociaż nic się nie dzieje. tak trzeba. jak zawsze.
uciekam przed taką pieprzoną nocą. choć nie chcę spać. nie chcę wybierać. nie chcę spełniać zachcianek. dokładnie, potykający się ludzie wpadający na mnie to nie to. jestem z tych niezniszczalnych. czy ja zwariowałam ja się pytam. przecież nic się nie stało i nic takiego i okej i luz. noc znów późna. prawie trzecia już.

wiem przecież, że nie ma przed czym uciekać. się wszystko potoczy jakoś. tylko że ja już nic nie wiem, a mam wrażenie, że wszyscy na około rozebrali moje pieprzenie na czynniki pierwsze i już nikt niczym się nie przejmuje. nie chodzi o emocje. chodzi o zasady. nawet nie za bardzo wiem, jak się zachować. nie wiem, czy chce mi się w ogóle jakoś zachowywać. jest we mnie jakaś wielka słabość. nie mam już siły biec, uciekać, wędrować. już nie mogę. chyba pora się poddać. i zacząć uznawać modne więzi społeczne.
więc life for rent, można by powiedzieć. tak myślę. taka myśl.

czy można bez skrupułów traktować ludzi jak szmaty. oto jest pytanie.

23 maj 2010



tutaj jest chyba wszystko, o czym chciałam napisać.

szkoda czasu. zalewa mi dom. idę ratować. a potem zajmę najlepsze miejsca na moście i będę obserwować koniec torunia. fala nadchodzi.

12 maj 2010

prosto w twarz

stan faktyczny:
środa, 12 maja, godzina około osiemnasta, pada
ból głowy: obecny
ilość snu: od siódmej do piętnastej
ilość wypitych wczorajszej nocy butelek piwa: brak danych
liczba opuszczonych zajęć: 2
liczba obcych kurtek w mieszkaniu: 1
liczba nowych znajomych: brak danych
liczba kłótni z barmanem: po trzeciej stracona rachuba
liczba autografów kuby wojewódzkiego: 1


jeszcze jedno. liczba osób zaproszonych przeze mnie na imprezę czwartkową: nie mam zielonego pojęcia. z 20? 30?

mówi się, że przyciągam dziwnych ludzi. okej. wczorajszej nowej znajomości nie przebije nikt ani nic. tam gdzieś siedzi moja współlokatorka z wojewódzkim na bulwarze. właściwie to leży na tej mokrej aczkolwiek zielonej trawie. a ja wpadam na bulwar odwiedzić znajomych. nawet nie wiem, jak to się stało, ale raz dwa trzy i konwersuję z głuchoniemym wędkarzem. jak to się stało i o czym gadałam - nie wiem. czy rozumiałam, co do mnie pokazywał - nie wiem. czy mnie rozumiał - nie wiem. jedno jest pewne. nic nie równa się wschodowi słońca na bulwarze. dobra, przesadzam, było już mocno po wschodzie. ale i tak poranki nad wisłą są niesamowite.






tylko po co ja się wdaję w dyskusje z jakimiś pojebami, co to chamstwem śmierdzą na kilometr. przecież nie chcę, żeby mi do domu zakazali wchodzić.

a w sumie - wyjebane.