18 gru 2010

"O czym wy rozmawiacie? Jeszcze o filozofii czy już o seksie?"

29 lis 2010

mój przyjaciel masochizm

1. Obudziłam się w niedzielę rano. Była mniej więcej 16.30. Od razu wiedziałam, że to nie jest dobry dzień. Wszechogarniający syf, brak wody i grobowa cisza. Musiałam więc wyjść. Najpierw wymyśliłam, że pojadę na Camerimage. O 20 miał być pokaz specjalny w Polonii. Pomysł szybko upadł. Nie chciało mi się jechać do Bydgoszczy. Pomyślałam więc o koncercie Huntera albo chociaż SDM. Też odpadło. I wtedy ktoś wysłał mi smsa. Tak oto wylądowałam tej niedzieli na meczu koszykówki. Na tak zwanym kacu. Lekkim bo lekkim, ale jednak. O mój Boże. Nigdy więcej. Do teraz dudni mi w głowie 'to-ruń-ska-e-ner-ga' i te inne przyśpiewki. Milion wrzeszczących ludzi, niewygodne krzesełka i mój pokryty popiołem ryj w ogólnopolskiej telewizji. Czuję, że będę dzisiaj miała koszmary.

2. Nasłuchałam się wczoraj. Coś, co moim skromnym zdaniem powinno zostać rozwiązane za zamkniętymi drzwiami, zostało omówione na forum. I przy mnie, zwykłym szarym człowieczku. Dowiedziałam się, kto jest szują, kto jest szmatą, kto jest zawiedziony, kto został wyrzucony, kto wyjeżdża z miasta. Moi drodzy, my nie mamy pojęcia, co się dzieje w tym mieście. Nawet nam się nie śni, co się dzieje za naszymi plecami.

3. A w piątek pojechałam autobusem numer 31 na Skarpę. Po drodze doznałam szoku, potem miałam zawał. Cofnęłam swój mózg w czasie. I teraz nie mogę nic zrobić, nie potrafię wrócić do teraźniejszości. Tak, jestem nienormalna, jestem w najgorszej z możliwych sytuacji i lubię o tym opowiadać. Między wyimaginowanym młotem a zardzewiałym kowadłem. O ironio.

20 lis 2010

fortepiano i inne latające myśli

są takie różne miejsca, gdzie spotyka się takich różnych ludzi o takich różnych porach. z tymi różnymi ludźmi rozmawia się o takich różnych rzeczach. a potem chodzi się z nimi po takich różnych innych miejscach. czasami chodzi się też do takich różnych domów czy kamienic. czasami wsiada się z nimi do takich różnych autobusów i jeździ się z nimi w takie różne miejsca. nie musisz ich szukać, nie musisz mieć ich numerów telefonów, nie musisz znać ich nazwisk. tacy różni ludzie pojawiają się zawsze wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebujesz. nieładnie, kiedy się ich nie pamięta. bo oni zawsze pamiętają. z tego są znani. jestem koleżanką takich różnych ludzi. tacy różni ludzie przestali być widywani raz na miesiąc czy raz na pół roku. niepostrzeżenie stali się nieodłączną częścią mnie. ci ludzie, oni na ogół są bardzo mili. nie są mili dla tych, którzy mnie nie lubią i chcą mnie pobić, o nie. z tymi różnymi ludźmi nie boję się chodzić po Rubinkowie czy po Bydgoskim. ach, ci różni ludzie nie są dresami, żeby nie było. z ludźmi tymi łączą mnie bardzo różne relacje. łączą mnie z nimi wielkie kłótnie, wielkie przeprosiny, wielkie próby wyjaśnień sprowadzające się do dwóch słów. łączą mnie z nimi także żubry, niebieskie papierosy, piłkarzyki, cegły, krew rozlana, irlandzka muzyka, fortepian, poranki, chamstwo, ból egzystencjalny i poczucie ogólnego bezsensu istnienia. dzieli mnie z nimi przepaść między świtem a zachodem słońca zwana dniem.
zlałam się z krajobrazem ciszy przed burzą. jestem gdzieś w tłumie pogrążonych w marazmie jednostek rozkładających się na oczach tak zwanych normalnych. czekamy tak jeden obok drugiego na jakiś zwrot. na kogoś nowego w zespole. na jakiś początek albo chociaż na jakiś koniec. niektórzy zbierają się po kilku latach gnicia w tym mieście i wyjeżdżają. reszta zostaje i zaczyna kolejne studia. a ja, cóż ja?

właśnie. widziałam wczoraj latający fortepian. i jestem tego pewna na sto procent. zastanawiam się, czy mi odbiło do końca, czy może jest to efektem wcześniejszego wstrząsu mózgu.


i w końcu. nastąpiło coś jakby w rodzaju podania ręki. takie niby zawieszenie broni. ale czy to źle, kiedy jest za miło? może niektórych ludzi nie powinno się wpuszczać do mieszkania. może.

18 lis 2010


Oto już jesień i pora umierać;
pożółkłe liście wiatr strąca i miecie,
drżące gałęzie do naga obdziera
– chór, gdzie sto ptaków modliło się w lecie.
ja jestem zmierzchem dnia, który się skłania
ku zachodowi i w ciemności brodzi;
noc siostra śmierci, oczy mi przysłania
i wkrótce z całym światem mnie pogodzi.
żar we mnie drzemie, lecz żar jaki bywa
gdy młodość już się oblecze popiołem;
jako na łożu śmierci dogorywam,
strawiony przez to, co sam od niej wziąłem.
a skoro kochasz, choć prawdę dostrzegniesz,
kochasz tym mocniej, im rychlej odbiegniesz.

W.Shakespeare

13 lis 2010

sąsiedzi słuchają u2, które idealnie komponuje się z moim tętnem. is it getting better? na pewno, na pewno. wanna see a magic trick?



---

życie zawsze wywraca się do góry nogami wtedy, kiedy najmniej się tego spodziewasz. kto by pomyślał, że odpoczywając po świętowaniu dnia niepodległości i próbując jako tako wrócić do stanu względnej używalności, można paść ofiarą przestępstwa? tak oto - umierając - zostałam zmuszona do spaceru na komisariat, z którym załatwiłam sprawy dopiero wczoraj wieczorem. oczywiście, "to nie było koniec". już nie mogę się doczekać mojego pierwszego w życiu procesu. bo o dziwo moje tak zwane studia na coś mi się przydały i wiem, że stosując wykładnię rozszerzającą do artykułu 24 i 25 KC mogę wytoczyć proces z powództwa cywilnego. chyba. tak myślę, tak uważam, tak zrobię.

---

to zapleśniałe miejsce zawsze mi się podobało. ten zgiełk i smród papierosów, te wydeptane ścieżki prowadzące prosto do baru. i pamiętam ten dzień, kiedy siedzieliśmy przy firanie w zimowych kurtkach sącząc rum za pięć złotych.
a ostatnimi dniami nic tylko płacz mijanych dni i zaprzepaszczonych szans. wczoraj ewidentnie wszystko się skończyło. skończył się czeski sen.

8 lis 2010

let all the children boogie

może nigdy nie znajdziemy nic, co pomogłoby usłyszeć i zobaczyć. jestem obsesyjnie zafascynowana śmieciami i resztkami, rozkładającą się padliną i rozwodnikami. syfem, bałaganem, kosmosem. brzydactwem dnia i nocy. nie dość tego po kolana stoimy w błocie. bez pieniędzy, bez perspektyw, bez telefonu, bez reklamówki, bez odbioru.
cztery siedemnaście. wsiadam.
niby została jakaś taka pustka. pewna era odeszła hen daleko. jedno się kończy, drugie się zaczyna. taka kolej rzeczy. muszę napisać o tym felieton.


chociaż czasami wszystko mi jedno.

1 lis 2010

bycia w Polsce tydzień czwarty

A: jesus, you are really something
E: thanks. I appreciate the euphemism. I always wanted to be somethin'

mam zmiażdżony mózg, zmieszany, wyłączony, przepalony. w dodatku coś, co można nazwać strzępkami moralności, spadło na łeb na szyję. pierwszy raz od dawien dawna jest mi GŁUPIO. całe szczęście istnieje technologia, dzięki której można pogawędzić z drugim końcem Europy i przez chwilę przestać myśleć.

a, i koniec z akcją społeczną zatytułowaną: 'napijmy się kawy'. żadnych kaw tudzież herbat nie będzie. pewnych ludzi po prostu lepiej widywać nocą. i niech tak zostanie.