25 sie 2011

miasto mnie pożarło. wywiozłam cały dobytek hen na Pomorze. jednak pewnego dnia wstałam z mocnym postanowieniem powrotu. wylazłam z łóżka, włączyłam komputer i wysłałam jakieś 10 CV. zadzwonili po dwóch godzinach.

zadomowiłam się na nowo w grodzie Kopernika. mam tak zwaną pracę. mój dzień wygląda teraz następująco:
- o godzinie 8.00 wstaję z łoża;
- od 10 do 12 mam szkolenie (czytaj: siedzę na dupie w sali konferencyjnej w kamienicy bez klimatyzacji, słucham pierdolenia o rzeczach, które nie sprawdzają się w praktyce i piję kawę);
- od 12 do 13 idę do samochodu;
- od 13 do 14 piję drugą kawę;
- od 14 do 16 jeżdżę samochodem po lasach całego województwa;
- od 16 do 19 chodzę po swoim terenie, w tym przez jakieś 30 minut pracuję;
- od 19 do 21 wracam lasami do centrum.

o 21.30 wchodzę na chatę wyczerpana.

no. i nie trudnię się prostytucją.

19 sie 2011

best things come from nowhere

1. Autobus do Gdańska. Godzina 5.12. Dziad za mną prawdopodobnie dopiero co wyszedł z hurtowni spirytusu. Zdecydowanie ma gruźlicę. Spluwa to świństwo na moje dopiero co umyte włosy.

2. Dworzec PKP. Godzina 6.15. Pani w kasie informuje, że bilet, który miał kosztować 30 zł, kosztuje 50 zł, bo to niby ten sam pociąg, ale różni przewoźnicy. A w portfelu kasy dodatkowej brak.

3. Okopowa. Godzina 7.30. Po godzinie łapania stopa zatrzymuje się samochód, który zabiera mnie do Pruszcza. O dziwo, bezproblemowo.

4. Pruszcz Gdański. Godzina 8.00. Piękne auto mnie wiezie, ale tylko do Tczewa. W Pszczółkach gigantyczny korek spowodowany wypadkiem na dwóch pasach. Cała trasa zostaje zamknięta. Kierowca wpada na szalony pomysł. Jedziemy w stronę Kościerzyny. Nie mam pojęcia, gdzie jestem. Polne drogi. Lasy. W końcu wysadził mnie w Starogardzie, przed bramkami na autostradę. Myślę - okej.

5. Wjazd na autostradę. Godzina 9.00. Robię krok. Zaczyna padać. Nie, zaraz, lać. Leje jak z cebra. Olewają mnie wszyscy, totalnie. Przekroczyłam magiczny znak 'autostrada'. Przerażona w trzy dupy. Pioruny zaczęły się sypać z nieba jak oszalałe. Wokół tylko słupy elektryczne i ja. Nie pozostało mi nic innego, jak się rozpłakać. Długo tak nie postałam, bo burza wymusiła ucieczkę pod same bramki. I tu, nagle, uśmiecha się do mnie twarz. Chłopak młody, z plecakiem, w bereciku. Na oko bezdomny. Jakże się ucieszyłam. Siedział pod automatem z biletami. Zostaliśmy kolegami.

6. Autostrada, Godzina 9.30. Jakiś dostawca zgodził się nas podwieźć do Grudziądza. Mój wybawca jechał jednak na Poznań, więc wysiadł na stacji. Ja pojechałam dalej.

7. Grudziądz. Godzina 10.30. Stoję na wylotówce. Znów zaczyna padać i błyskać. Coś widocznie nie chce, żebym dojechała do celu. Jestem jednak zdecydowana i zdesperowana. Stoję na deszczu mokra od stóp po głowę. Zatrzymują się dwie kobiety. Zabiorą mnie kawałek. Po drodze zatrzymujemy się w jakiejś wiosce. Jedna z dziewczyn wychodzi. Wraca po pięciu minutach szczęśliwa. Dostała pracę.

8. Stolno. Godzina 11.00. Przywozi mnie tutaj pan wożący ogórki. Mówi, że powinnam pracować z mamą w urzędzie.

9. Stolno. Godzina 11.15. Przekładam godzinę rozmowy kwalifikacyjnej. Stoję na przystanku. Niby jest zadaszony, ale dach jest dziurawy jak sitko. Macham spod tego czegoś. Wiem, że nie ma mnie widać. Ale nadzieja jest. Zatrzymuje się tir.

10. Łysomice. Godzina 12.00. Kierowca tira okazał się być doktorem historii sztuki. Opowiada piękne historie o Egipcie. W Łysomicach postanowiłam zaczekać na autobus.

11. Łysomice. Godzina 12.20. Autobus ma 20 minut opóźnienia. Jadę na stopa. Zatrzymuje się dwóch chłopaczków. Muzycy.

12. Toruń. 12.40. Docieram do centrum. Jestem wykończona. I mokra jak szmata. W końcu wychodzi słońce.



I pomyśleć, że tyle może się stać przez 13-stą.


5 sie 2011

właśnie skończyłam pierwszy rozdział mojej pierwszej powieści, która niewątpliwie stanie się bestsellerem. właściwie to moje drugie dzieło, ale tamto, co napisałam przed laty, wyparowało w czeluściach dysku mojego licealnego komputera. wydawcy pewnie biliby się o każdą stronę, a nakład wyczerpałby się pierwszego dnia sprzedaży. ale cóż - pewnego dnia, tak w afekcie, usunęłam to arcydzieło. wspomnienia z mojego dzieciństwa nigdy nie ujrzą światła dziennego. ale spokojnie, na pewno kiedyś opowiem o tej książce w programie kuby wojewódzkiego.

3 sie 2011

siedzę w pustym domu. wielkim, pustym domu na pustkowiu. przy oknie siedzę, światło zapalone. i patrzę w tę dal, jak te ćmy próbują przebić szybę i dostać się do środka, dotknąć gorącej żarówki. przysiadają na oknie zacnie. i tak od kilku godzin. głupie nie wiedzą, że kuchnią mogłyby wejść.

wczoraj obleciał mnie strach, że umieram. godzina coś przed szóstą rano. obudził mnie potworny ból brzucha. ból jakiego nigdy wcześniej nie czułam. skręcało mi się wszystko w środku. nie mogłam się ruszyć. doczołgałam się do kibla. w lustrze blada ściana. wyrzygałam się, ale to tylko pogorszyło sprawę. z trudem zeszłam po schodach do kuchni. wzięłam garść tabletek. ibuprom, apap, nospa i jakieś kolorowe proszki na schorzenia matki. nie byłam w stanie dojść do swojego łóżka, więc położyłam się w salonie. pół godziny męki. ból, pot i łzy. dom był pusty. całkiem sama w tym cierpieniu kurwa. pomyślałam, że chyba jednak nie chcę tak umierać.




28 lip 2011




go ahead go ahead throw your arms in the air tonight
what makes you think i enjoy being led to the flood
?

jesus christ you have confused me
cornered, wasted, blessed and used me
forgive me boys i am confused
stiff and pissed and lost and loose


jest mi znacznie lepiej po porannym katharsis.
takie też wrażenie się pojawiło, jakobym cofnęła się w czasie. albo inaczej. takie wrażenie, że straciłam ostatnie pięć lat swojego życia na niczym. tak zwane studia, wieczna zabawa i zero odpowiedzialności. miliony przeczytanych książek zrobiły ze mnie idealistkę, którą w rzeczywistości nie byłam i chyba już nie jestem. studia dają tobie poczucie jako takiej stabilności. masz jakiś limit czasowy. wiesz, że to się skończy i w końcu trzeba będzie coś ze sobą zrobić. więc rodzą się w bólach różne myśli, takie przyszłościowe. zawsze masz czas. wiesz, że będzie dobrze. a potem uderzasz głową w sam kant krawężnika i budzisz się z letargu.

utknęłam. potrzebuję jakiegoś impulsu. czegoś więcej niż durny film o psycholach. bo im więcej tego oglądam, tym częściej dochodzę do wniosku, że nie jestem definicją normalności. bo na przykład taki hannibal lecter. jak dla mnie - ideał. mógłby zmienić dietę, ale każdy ma jakieś wady.

jutro wyzdrowieję, zabiorę się za szukanie porządnej pracy i uwierzę w boga. tego z dużej litery.

ach, i jeszcze jedno. odrzuciłam propozycję pracy, która kiedyś byłaby spełnieniem moich marzeń. wiele osób dałoby się pokroić za ciepłą posadkę w znanej stacji radiowej. cóż. dzisiaj - chcę więcej.

there are times when those eyes inside your brain stare back at you

tak to jest, że nie można ocalić od tej pustki wszechobecnej. nie chcę spać. mam koszmary ostatnimi czasy, jakie mało kto by przeżył. i jest w nich ta pustka, ostateczna. ciemność, ból i koniec. ze zdziwieniem budzę się o poranku. słońce jest, świat się kręci, a ja żyję.
zdecydowanie mam depresję. o śmierci myślę codziennie. o tej nieuchronności. o sensie w tym bezsensie.
śni mi się, że mam w brzuchu zbroję. tam w środku. i ona zaczyna się rozgrzewać i pali mnie od środka. chcę ją przesunąć, żeby się nie spalić, ale nie da się. tylko boli coraz bardziej i bardziej. w końcu dochodzi do mnie, że to sen. chcę się obudzić, ale nie mogę. otwieram oczy, a nadal śnię. chcę spaść z łóżka, ale nie mogę się ruszyć. budzi mnie własny krzyk. gdzieś o piątej nad ranem.