27 lut 2012

Now I'm twenty-five, trying to stay alive in a corner of the world with no clear enemies to fight.

18 lut 2012

o tym, dlaczego nie siedzę teraz w klubie o nazwie bunkier i nie gram w piłkarzyki

kultura za mną chodzi ostatnimi tygodniami. że filmy, książki, teatry i inne bajery. powrót mój na łono elit, które wszędzie się pokazują, był skrzętnie zaplanowany. i w związku z tym znów mam czas na wszystko. mniejsza, nie o to.
więc dzisiaj właśnie, zacne wydarzenie w najpopularniejszym budynku miasta (i nie chodzi o ratusz) się odbywało. bardzo miło było, a jakże. gdyby nie te twarze, których przez tak długi czas nie musiałam oglądać, byłoby nawet pięknie. kultura owa spowodowała, że zaczęło mi się kręcić niecnie w głowie. godzinę później przyszła gorączka i inne dolegliwości.

takie rzeczy jednak nie są mi straszne. wróciłam więc do mieszkania w celu zmiany butów na inne. coś jednak we wspomnianym mieszkaniu mnie zaintrygowało. a mianowicie: smród. prosto z kuchni. okazało się, że dzięki bogu wróciłam zmienić owe buty, gdyż w razie przeciwnym kuchnia wraz z trzema pokojami i łazienką niechybnie by spłonęła. bo gazu włączonego i garnka pustego się nie zostawia samych w domu.

gaz wyłączony przeze mnie został. buty moje, które chciałam założyć, znalazłam w łazience. mokre jak mokrość.

postanowiłam, że trudno, idę w innych. siedząc, rozmyślając i dyskutując na fejsbuku o życiu i Warszawie, naszło mnie, aby pozmywać. jakże się zdziwiłam, gdy woda, nie dość, że nie chciała płynąć naturalnie przez zlew i rury, to jeszcze wymyśliła sobie, żeby ciec z rury prosto do śmietnika. w którym rzecz jasna hoduję karaluchy. tak więc misją moją stało się uśpienie robaków spod zlewu. z tym akurat poradziłam sobie profesjonalnie. ma się doświadczenie w końcu. i więc woda ta - leci z tej rury. więc postawiłam miskę, bo co innego w takiej sytuacji można zrobić.

pomyślałam, że wszechświat bardzo musi nie chcieć, żebym dzisiaj wyszła do miasta. siedzę więc chora, z gorączką i bólami, w śmierdzącym mieszkaniu i mokrych butach, i patrzę, jak kapie ta woda. papierosów nawet nie mam, co by zapalić i porozmyślać, a przecież nie pójdę do sklepu, bo jeszcze przypadkiem zajdę na Starówkę i mi mieszkanie zaleje, bo nikt nie zmieni miski.


prozaiczne sytuacje dnia codziennego od dawna mnie omijały. ewidentnie wracam na prostą. wiosno, chodźże już do mnie, bo nie wytrzymam tego lutego, nie wytrzymam.

9 lut 2012

I cóż z tego, że każdy z nas, poszczególnie biorąc, jest całkowicie trzeźwy, rozsądny, zrównoważony, jeżeli wszyscy razem jesteśmy jednym olbrzymim szaleńcem, co z furią tarza się, ryczy, wije, naprzód pędzi na oślep granice własne przekraczając i wyrywając siebie z siebie?

8 lut 2012





chciałam coś mądrego napisać. albo coś pięknego. albo składnego przynajmniej. ale bełkot tylko w mojej głowie. myśli te wszystkie pogniecione szwendają się po mnie to tu to tam. nie mogę dojść do ładu, jakiejś takiej hierarchii wartości stworzyć, priorytetów przejrzystych się najeść. odwlekam ostateczne rozwiązanie jak najlepiej potrafię. iżby zachować pozory trzymania się w garści i bycia spoko.

coś zmienić trzeba. już nawet nie mogę pić tyle, ile kiedyś. nie chce mi się, nie mam ochoty. rzeczy mi nie smakują. wstaję czasami rano i idę po bułki, sałatę, pomidory. herbatę wypiję, rozmyślając tak przy śniadaniu o nadchodzącej wiośnie i jej konsekwencjach. aloes mam na lodówce, od czasu do czasu szarpię go i udaję, że znam się na medycynie. w wolnych chwilach czytam wellsa i zabijam karaluchy.

a w powietrzu niezmiennie wisi mróz.


new york I love you but you're bringing me down.

27 sty 2012

leciał chyba Dżem

już mi się nie chce. nie chce mi się jak nigdy. jak zawsze. jakby skończył się mój film. tylko te chwile, małe chwile przemijające, które rozpaczliwie próbuję zatrzymać w pamięci. przyszłość podobno nadchodzi.



co to życie mamo


?

14 sty 2012

doszłam do wniosku, że najpierw powinno się uporządkować swoje życie zawodowe, potem osobiste, a na końcu można wziąć się za burdel we łbie i rzucanie nałogów. bo żeby mieć pieniądze na nałogi i życie osobiste, trzeba mieć pracę. tak, przełomowe odkrycie dnia. w czwartek mam rozmowę w gdańsku. czy coś tam. że może tym razem zostanę członkiem szanownej elity urzędników cywilnych. może dadzą mi zniżkę na autobus.

12 sty 2012

122 hours of fear

skądże we mnie tyle obaw i tego jadu, który właściwie całkiem przeciętny jest? rozrywają mnie tam w środku myśli paranoiczne. depczę je, ale wracają co wieczór. bardziej niż kiedykolwiek rzucam kamieniami jako ta pierwsza. jest gorzej niż rok temu. minął zaledwie rok przecież od ostatniego stycznia, który był rozpaczliwie przerażający. otóż zeszłego stycznia byłam dobrym człowiekiem, który wybaczał wszystkim na około. każde głupstwo i każdą zbrodnię. nie przejmując się niczym.
dzisiaj jest inaczej. co jak co, ale jednego się w korporacji nauczyłam. twardym trzeba być i o swoją jedynie dupę dbać.

realność miasta gdzieś się rozmywa. mgła wszędzie, Kopernika nie widać. ile ten biedak już się musiał naoglądać. wzloty i upadki, wyjazdy i powroty, turyści i rezydenci. nie mam siły. mówią mi, że przyszłość jest teraz.

za daleko poszłam, o kilka kilometrów. jest taka piękna rzecz, która może w Toruniu doprowadzić do depresji i myśli samobójczych. mianowicie - bardzo ograniczona liczba mieszkańców. co to jest, te marne dwieście tysięcy. załóżmy, że jakiś tysiąc regularnie odwiedza czeluście zła na Starym Mieście. załóżmy, że jakieś pięćdziesiąt z nich chodzi to miejsc najciemniejszych. i cóż to ma być? bo więcej raczej nie znajdziemy takich pomyleńców. w tych pięćdziesięciu duszach jestem i ja. i kiedy w tak małym mieście zapędzisz się o kilka kilometrów za daleko, okazuje się, że nie ma już powrotu do punktu wyjścia.